Już wkrótce portal w nowej formule
  Reklama i mecenat  
Najnowsze informacje
Zapraszamy, promujemy
Reklama
PŁATNE OGŁOSZENIA i REKLAMY
» PROMUJ się w inTARnecie (oferta)
Reklama
Reklama
Reklama
InTARnet poleca
» ZBK F.Machowski
» Dr Jacek Roik - nowy adres www!
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Źródło: inTARnet.pl
  
   Nie-obiektywna inTARnetowa refleksja po obejrzeniu "Ballady o Wołyniu"    -   11/7/2011
Pionierzy mają łatwiej ?
Długo zastanawiałem się, czy to akurat ja powinienem recenzować „Balladę o Wołyniu”. Zarówno temat sztuki (ludobójstwo na Kresach II Rzeczypospolitej), który nie daje mi spokoju od lat, jak i bliska znajomość z twórcami Teatru Nie Teraz (TNT), nie czynią ze mnie obiektywnego recenzenta. Jako, że połowa tarnowskich mediów od dawna stara się nie zauważać twórczości niejakiego Tomasza Antoniego Żaka (TAŻ), a druga połowa kolegów dziennikarzy recenzji nie pisuje w ogóle, mogłoby się jednak okazać, że ważne przedstawienie tarnowskich przecież twórców nie zostanie szerzej w Tarnowie zauważone. Dlatego pozwalam sobie na kilka zdań refleksji o tym, co dane mi było zobaczyć w Tarnowskim Teatrze pod koniec czerwca, a co – jestem o tym przekonany – w wielu miejscach naszego kraju, gdzie „Ballada ..” została już zaproszona, będzie żywo komentowane.

Ogloszenie

Nie może być bowiem inaczej, gdy ma się do czynienia z pierwszą znaną mi, kompleksową próbą zmierzenia się na deskach teatru z tematem nie tylko głęboko tragicznym, ale też chyba najbardziej zakłamanym w ostatnich dziesięcioleciach. Sądzę jednak, że „dziewiczość” tematu niczego jednak twórcom tej sztuki nie ułatwiła.

Nie ukrywam, że obawiałem się efektu wynikłego ze zderzenia wielkich – wzmocnionych dodatkowo wieloletnim oczekiwaniem – nadziei środowisk kresowych i żyjących wciąż ofiar ludobójstwa, z „offowymi” przyzwyczajeniami nietuzinkowego reżysera i stosunkowo niewielkim scenicznym doświadczeniem trzech aktorek, biorących udział w tym wyjątkowym przedsięwzięciu.
Nie chcę przesądzać, czy ze wszystkich tych zderzeń Teatr Nie Teraz wyszedł obronną ręką, ale mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że żaden ze spektakli TNT mnie dotąd tak nie zaskoczył (nie licząc oczywiście pierwszego zetknięcia z twórczością TAŻ). W każdym razie moje obawy pryskały podczas spektaklu jedna po drugiej. Być może widzom wielu poprzednich, skądinąd czasem wybitnych, spektakli Tomasza będzie w to trudno uwierzyć, ale o kresowych rzeziach Żak opowiada tym razem subtelnie, bez zbytniego patosu, przesadnego dydaktyzmu i unikając ... przegadania. Dość powiedzieć, że spektakl nie trwa nawet godziny a jego koniec, widza przywykłego do zwykle długich i intelektualnie wyczerpujących spektakli TNT zaskakuje, i to dosłownie, w momencie gdy oczekuje na kolejną scenę ...

Znając Tomasza, spodziewam się, że praca nad tym spektaklem, który mógł się dla niego okazać polem niespodziewanych zmagań z koniecznością dokonywania samoograniczeń, była wyjątkowo trudna.
Skoro ograniczenia dotknęły autora, to musiały też i widzów ? Pytam retorycznie, ale nie do końca rozumiem, jaki cel przyświecał twórcy, gdy tak restrykcyjnie zawęził widownię, którą ostatecznie w całości (nie bez trudu) pomieszczono na scenie. W przypadku tego akurat przedstawienia gwarantowanie kameralności odbioru nie wydaje mi się bowiem krokiem niezbędnym, choć oczywiście w odbiorze sztuki nie przeszkadza.
Być może jednak to jeden z tych, w pełni autorskich zabiegów reżysera, który – jak każdy twórca - musi przecież odcisnąć na swoim dziele znak firmowy. Cały projekt nie jest jednak na pewno dla dotychczasowych działań TNT typowym.

Zaskakuje już tylko przyjęta dla tego dramatu konstrukcja, przywołująca nawet na myśl telewizyjną "scenę faktu", oparta głównie o przejmujące relacje – monologi trzech bohaterek i dochodzące spoza sceny komentarze przesłuchującego je po wojnie oficera. Konstrukcja „Ballady ...” jest na pewno prostsza od wszystkich znanych mi projektów teatralnych Tomasza, choć oczywiście o pełnej dosłowności i linearnej fabule - szczególnie w drugiej części przedstawienia - trudno mówić.
Spora w tym zapewne zasługa kobiecej obsady, mającej dobroczynny wpływ na autora, który w swoich dotychczasowych przedsięwzięciach raczej nie przejmował się przesadnie trudnościami, jakie widz może mieć w odbiorze jego spektaklu. Tym razem Tomasz mniej zaufał erudycji widza i naszym możliwościom odczytania wszystkich symboli i znaczeń, zakodowanych przez siebie w sztuce. I Bogu dzięki.
Opowiadając o apokalipsie, trudno to czynić przy pomocy zawiłego scenariusza, nie dającego gwarancji zrozumienia przez odbiorcę.
Opowiadając o dzikim okrucieństwie oprawców, o bezprecedensowych, bestialskich mordach i prześladowaniach, nie sposób przecież oprzeć się na intuicji widzów i ich wyobraźni. Kto bowiem przy zdrowych zmysłach jest zdolny do wyobrażania sobie ludobójczych praktyk, do pojmowania ich sensu ?
Musiały zatem przemówić proste relacje uczestników, świadectwa ofiar.
Wybór padł na relacje trzech kobiet, opowiadających swoje historie rzeczowo, precyzyjnie, skupiając się na szczegółach, z widzialnymi emocjami ale bez egzaltacji, a przede wszystkim z właściwą płci niewieściej a nieznaną nam mężczyznom potrzebą zrozumienia tego, co przeżyły. Bez toksycznej nienawiści.
Nie wiemy, co by było, gdyby wykorzystano relację jakiejś męskiej ofiary. Można się jedynie domyślać, że wszystko zabrzmiałoby surowiej, może bardziej jednoznacznie, ale też bardziej generalnie. Byłaby to już oczywiście inna sztuka.
W kobiecej „Balladzie o Wołyniu”, cel, jakim było poruszenie widza poprzez skierowanie jego uwagi na zapamiętane przez ofiary - kobiety detale, został jednak osiągnięty wzorcowo. Nie byłoby to oczywiście możliwe bez przejmująco wiarygodnych w swych rolach Ewy, Magdy i Agne.

Ewa Tomasik, dowody dogłębnego, wielowymiarowego zrozumienia poplątanej kobiecej duszy i świetnego warsztatu aktorskiego dała nam niedawno w zasługującym na długie owacje monodramie „Intensywność szkła poza percepcją” – poprzedniej propozycji repertuarowej TNT. Trudno mówić tu zatem o jakimkolwiek zaskoczeniu. Wydaje się zresztą, że Ewa świadomie wykorzystuje również w „Balladzie ...” wiele z tych cennych doświadczeń warsztatowych, które stały się jej udziałem podczas wyczerpującej psychicznie i fizycznie pracy nad tekstami Sylvii Plath.
Rolę najmłodszej z bohaterek - zagrała ją Magda Zbylut - wyobrażałem sobie jako kontynuację roli „Inki” ze spektaklu „Na etapie”, którą debiutowała ona kilka lat temu u Tomasza. Nie do końca miałem rację. Magda nie jest tak aktorsko wszechstronna i pewna siebie jak jej starsza koleżanka z zespołu, ale już na tyle doświadczona, że również pojawiające się tu i ówdzie niedoskonałości własnego artystycznego rzemiosła, umie wykorzystać, budując postać oryginalną, choć autentyczną, z krwi i kości.
Najbardziej przejmująca w "Balladzie ..." jest jednak bezsprzecznie kreacja Agne Muralyte (na zdjęciu). I to nie tylko z powodu jej charakterystycznego kresowego zaśpiewu, sposobu posługiwania się językiem polskim (Agne jest rodowitą Litwinką) i wyraźnej scenicznej świeżości, której - jak widać - nie zdołała naruszyć nawet współpraca z Tomaszem Żakiem, o którego apodyktyczności krążą już legendy. Rola ta pomyślana została wyjątkowo. W pierwszej części spektaklu, Agne gra Ukrainkę, która - kto wie czy nie bardziej poruszająco i dosadnie od poprzedniczek - dopełnia dwóch wstrząsających relacji Polek. W drugiej części spektaklu jej zadanie jest odmienne – i znakomicie przez Agne oddane – a polega na tym, aby jej nacji (do której „tutejsi” kresowiacy nie przywiązywali przecież przed wojną wielkiego znaczenia) nie można było już w sposób jednoznaczny określić.
To głównie dzięki tej roli możemy mówić o osiągnięciu w dramacie Żaka klasycznego katharsis, w tym konkretnym przypadku oznaczającego zbawienne (dla bohaterów sztuki i jej widzów) uwolnienie od chęci zemsty.

W każdym razie, reżyser zaufał swoim aktorkom i w ten sposób, dzieląc się dziełem, do którego jako potomek kresowej rodziny był predestynowany, moim zdaniem - wygrał.
Piszę tę refleksję ze specyficznej pozycji, która jednak pozwala mi oznajmić, że – inaczej niż w przypadku wielu spektakli Teatru Nie Teraz – sztuka jest czytelna i zrozumiała dla odbiorców. To dla mnie wielka ulga, bo nareszcie – za pomocą tego przedstawienia - można zmazywać na polskiej scenie hańbę dotychczasowej niepamięci o ofiarach wielkiego ludobójstwa. O tym, jak powszechne jest zapotrzebowanie na ten akurat temat, świadczą zaproszenia, które otrzymuje obecnie Teatr Nie Teraz z całego kraju.

Nie wiem, czy „Ballada o Wołyniu” jest dziełem wybitnym. Jak wspominałem na początku - nie jestem obiektywny, nie posiadam też odpowiednich narzędzi pomiarowych. Dlatego też uchylam się od dokonania takiej oceny.
"Balladę ..." mogę jednak z czystym sumieniem polecić do obejrzenia wszystkim.
Jeśli nawet ktoś z zawodowych krytyków byłby w stanie zarzucić temu przedstawieniu jakieś błędy, zaniechania, nadużycia czy płycizny, to - biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, z wielkością pioniersko i ambitnie podjętego tematu na czele, musiałby - w najgorszym razie - uznać to przedstawienie za szlachetną porażkę. Być może najszlachetniejszą, jaką trzeba było ponieść.

Piotr Dziża
Sonda inTARnetowa
 
A to czytałeś ?
Czy sądzisz o komercjalizacji tarnowskiej służby zdrowia ?
  jestem przeciw 53.79 % (1078)
  jestem za 38.82 % (778)
  nie mam zdania 7.39 % (148)
Wszystkich głosów: 2004
 



© 2003-2012 Tarnów ON-LINE

Kontakt z redakcją/administratorem:
Tarnowski Obywatelski Portal Internetowy inTARnet.pl
redakcja@intarnet.pl, tel. kom. 662 930 947