Już wkrótce portal w nowej formule
  Reklama i mecenat  
Najnowsze informacje
Zapraszamy, promujemy
Reklama
PŁATNE OGŁOSZENIA i REKLAMY
» PROMUJ się w inTARnecie (oferta)
Reklama
Reklama
Reklama
InTARnet poleca
» ZBK F.Machowski
» Dr Jacek Roik - nowy adres www!
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Źródło: TEMI
  
   Teatr prawdy, teatr poezji   -   12/1/2004
W ubiegłotygodniowym numerze "TEMI" znaleźliśmy m.in. wywiad z Wojciechem Markiewiczem, dyrektorem Tarnowskiego Teatru im. L. Solskiego. Rozmowę z szefem tarnowskiej sceny o jego niespełna rocznej przygodzie z "Solskim", planach teatru i artystycznych wizjach przeprowadził Mirosław Poświatowski.

Ogloszenie

- Jak się Pan odnajduje w roli dyrektora teatru?

- Ten etap "mojego"życia w sztuce" wymógł na mnie czas. Miałem w sobie oczywiście jakąś potrzebę "wyjścia przed szereg". Wiem ile to niesie z sobą rezygnacji; kiedyś prowadziłem radio, mające z prowadzeniem teatru wiele wspólnych elementów. Podstawą w obu tych przypadkach jest trudna praca zespołowa, która zawsze mnie pasjonowała. I wśród różnych problemów, z jakimi się spotykam, najważniejsza jest praca z dużym zespołem ludzkim i dobre wzajemne zrozumienie. Bo liczba jednostkowych problemów jest ogromna, natomiast sztuką jest stworzenie pewnej hierarchii tych problemów. Nie skomunikujemy się z publicznością, jeżeli nie porozumiemy się ze sobą.

- Jest Pan tu niejako z zewnątrz. Wiele czasu potrzeba na to, by nie traktować miejsca zamieszkania, miejsca realizacji własnych pasji, miejsca pracy niejako "z doskoku"...

- Nie jestem w Tarnowie "z doskoku" To dla mnie taka podróż sentymentalna, stąd pochodzą moi rodzice, tu znajdują się rodzinne groby. Tak więc nie ma w tym co robię czegoś doraźnego, bo jest to powrót do bardzo osobistego wątku. Innym piętrem tego pytania pozostaje kwestia, czy to miasto inspiruje mnie do twórczości. Otóż inspiruje mnie bardzo, ale fakt ten wynika także z sytuacji, w jakiej w ogóle znalazł się teatr w Polsce. Teatr w dużym stopniu polega na identyfikacji z publicznością, której jednak trzeba odrobinę schlebiać i dzięki moim korzeniom tarnowskim wszystkie planowane zamierzenia są wykonalne, ale nie są łatwe. Poza tym nie wiem jak jestem przyjmowany, czy to co robię jest wystarczające. Znakiem, czy ów niezbędny dialog z publicznością się nawiązał będą grane od nowego roku spektakle wieczorne. Bo nie wszystkie przedstawienia szkolne, bajki zaistnieją rano. Należy przyzwyczaić uczniów do pewnego wysiłku, także do przyjścia do teatru nie z klasą, ale samemu. Równocześnie, jak będzie trzeba, teatr przyjdzie do szkoły. Ale młodzież powinna przychodzić do teatru z własnej inicjatywy, a nie tylko dlatego, że szkoła kupiła przedstawienie. Mimo, iż dla teatru i dla szkoły zapewne łatwiej byłoby to sobie tak odfajkować. I kiedy mówimy, że coś z teatru "wyparowało" - wówczas rozmawiamy właśnie o tym zjawisku...

- Co się stało z pasją, z miłością do teatru osadzonego tu i teraz i odartego z gwiazdorstwa; co się stało z teatrem rozumianym jako przestrzeń mistyczna?

- Teatr dawniej był nie tylko sposobem na pożyteczne spędzenie wolnego czasu - to był pewien model wychowania. A trudno jest wychowywać - jak mówił w swych pismach Janusz Korczak - jeżeli nie ma pasji i nie ma miłości. Pyta pan, co się stało? W ogóle obserwujemy dewaluację uczuć, ludzie z pasją nie są mile widziani - bo to są ludzie o ogromnej sile oddziaływania i skuteczności działania - zatem pasja właściwie stała się zjawiskiem rzadkim. Ona przerodziła się w pragmatyzm, a ta postawa wyklucza sentymenty różnego rodzaju, uczuciowość Trzeba zakładać, że teatr to "inna przestrzeń". I tu zaczyna się przygoda z mistycyzmem, o który pan pyta. Co do pragmatyzmu: Tarnów jest miastem bardzo teatralnym - w świadomości i władz i widzów istnieje ślad tego, co nazwałbym pasją, a przynajmniej widoczne jest przeświadczenie o skuteczności oddziaływania na człowieka właśnie poprzez teatr.

- Nie sądzi pan że widać dziś potężną lukę edukacyjną jeżeli chodzi o świadomy odbiór teatru, zwłaszcza wśród ludzi młodych? Z rozmów, jakie przeprowadzam z widzami po spektaklach wynika, że nie tylko nie najlepiej jest ze zrozumieniem tego, co przeżyliśmy, zobaczyliśmy, ale w ogóle boimy się o teatrze rozmawiać. Przez tę barierę teatr tak naprawdę przestaje być czymś żywym, przestaje żyć w człowieku, widzu, przestaje w jakiejś mierze się rozwijać. Nie ma Pan takiego wrażenia? Jak można temu zaradzić?

- Myślę, że ma Pan rację, takie zjawisko istnieje, ten strach ludzie czują z obawy przed kompromitacją, to także trochę brak "narzędzi". Przecież często pojawia się potrzeba ujęcia własnego przeżycia w słowa. Ale powiedziałbym, że teatr, polski teatr jest trochę sam sobie winien. Obecnie skraca się cykl produkcyjny sztuki i cena, jaką się za to płaci jest ogromna. Proszę popatrzeć: zamiast zrobić sztukę, może pan sztukę kupić, albo sprzedać, a żeby się sprzedawała musi wziąć w niej udział "gwiazda". "Gwiazdorstwo" jest czymś odmiennym niż dialog, bo zakłada tylko patrzenie na siebie, pewien rodzaj narcyzmu. Ale próbujemy ten dialog z publicznością odbudować, próbujemy pokazać gwiazdę prywatnie, a sam dialog powinien nawiązać się wcześniej, poprzez samą sztukę. Prawdziwy aktor to człowiek, który poprzez swój geniusz umie nawiązać kontakt z publicznością, potrafi sprowokować do rozmowy o teatrze. Z kolei dobry tekst sztuki musi stanowić nawiązanie do kontekstu historycznego, społecznego, w jakim artysta teatru żyje. I tak wyglądać powinna próba zaradzenia zjawisku, o którym pan mówi. Myślę też, że Tarnowowi przydałby się taki "klub miłośników teatru", czyli ludzi bardziej "świadomych". Nasz teatr może się podjąć zadania skupienia wokół siebie takich ludzi, a ciekawych postaci przewija się tu wiele. Inną istotną kwestią jest pisanie o teatrze, czyli rola recenzentów. Opisywanie czyjejś pracy jest bardzo trudne i odpowiedzialne. I tu także kryje się odpowiedź na pytanie o strach przed rozmową o sztuce, o nieznajomość języka teatru.

- Cały czas ocieramy się tu o problem odbierania pewnych symboli, które nie są dziś już odczytywane przez szerszą publiczność, tak jak odbierane były dawniej. Może teatr stracił kontakt z rzeczywistością i przestał być czytelny?

- Rzeczywiście trafiają się chybione symbole. Te chybione lub zbyt proste symbole tworzą pewien rodzaj fasady. Istnieje taki rodzaj pozy, że przecież nie chodzi o wyłożenie kawy na ławę, taki rodzaj gwiazdorskiej nonszalancji, że "nieważne czy to zrozumieją, ważne że ja to czuję". Jeśli w latach siedemdziesiątych istniał fenomen społeczny, polityczny, socjologiczny i artystyczny "teatru studenckiego". Mówiąc o obecnych lukach w edukacji podkreślić trzeba, że teatr studencki te luki wypełniał. Z drugiej strony był to równoprawny byt, zjawisko artystyczne, które zrodziło przecież wielu ludzi teatru i bardzo żywo reagowało na wszystko, co działo się wokół. Zawsze istniał też w Polsce teatr religijny, w okresie bożonarodzeniowym odbywało się mnóstwo jasełek, przed Wielkanocą odbywały się misteria.

- Czy wobec tego jest dziś w teatrze miejsce na przeżycie mistyczne?

- Nie mówiłem jeszcze o bardzo modnym teraz nurcie offowym... O ile dawniej tego rodzaju teatr sięgał po przeżycie mistyczne, a w moich czasach był to np. teatr Grotowskiego, o tyle dziś bardzo się przed tym wzbrania, uważając, że to nie bardzo się sprzedaje, jako rzecz trudna, bo zakładająca w odbiorze pewien element kontemplacji. Dopóki ten nurt offowy będzie próbował to zrobić poprzez nawiązanie do tradycji, do pewnego folkloru, także religijnego. Będziemy mieli w teatrze tylko namiastkę przeżycia, o które panu chodzi. Mistyka to coś więcej. Ona musi istnieć niejako" od wewnątrz", wpływać na bohaterów jako idea. A poprzez bohaterów na widzów. W głównym nurcie repertuaru należałoby teraz wrócić do wielkiego dramaturga - mistyka Słowackiego i spróbować znaleźć na niego sposób, zobaczyć, czy by się to sprawdziło. Tyle, że wymaga to pewnej odwagi.

- Czy po spektaklach próbuje pan od czasu do czasu porozmawiać z widzami, zwłaszcza młodymi?

- Moim pierwszym celem jest "rozpoznanie" publiczności. Jeśli coś ważnego się dzieje, zawsze staram się to albo zapowiedzieć, albo uczynić coś w rodzaju epilogu do tego zdarzenia. I tak też robią warszawskie "Rozmaitości" czy Teatr im. J. Kochanowskiego w Radomiu. Staram się rozmawiać, coś z tych rozmów wynosić, zbieram pewną wiedzę o publiczności tarnowskiej i muszę powiedzieć, iż już ją identyfikuję, już nie jest to "masa". Efektem tego jest rozpoczęcie takiego przedsięwzięcia, które nazywa się "sceną inicjatyw aktorskich". Próba rozpoczęcia dialogu także z gimnazjalistami, licealistami, czyli ludźmi znajdującymi się w bardzo ciekawym momencie dojrzewania będzie możliwa dzięki tej scenie. Pierwszą okazją stanie się zrealizowanie sztuki "Wina ojca idzie w syna" jednego z naszych aktorów, Marka Walczaka, który rzecz będzie też reżyserował. Sztuka ta jest właściwie kompilacją różnych tekstów, od Gombrowicza po Różewicza, a dotyczy dialogu pokoleń. Myślę że kolejne takie premiery na Małej Scenie uczynią dialog bardziej namacalnym Z rozmów z publicznością urodziła się jeszcze inna sztuka, taki dialog Mickiewicza i Słowackiego, ujęty w formę lekcji języka polskiego, czyli "Turniej poetów" - rzecz napisana przez naszego aktora, Sławomira Gaudyna.

- Jakie są kolejne plany "Solskiego"? Jak realizować się będzie Pana wizja teatru w Tarnowie?

- Z działań wokółteatralnych, mamy "Salon Poezji" - uważam, że wrażliwość publiczności i artystów mierzy się wierszem. Z innej strony patrząc: Tarnowski Teatr szuka nowych przestrzeni; pojawiła się też konieczność przebudowania Małej Sceny. Trzeba ją zaaranżować tak, aby nie narzucała pewnego układu, a więc "odczarować", wrócić do początku. Wprowadzam też nurt wychodzenia na zewnątrz, co dziś nie jest niczym nowym. Tarnów przez swą architekturę, historię, ma bardzo określony charakter. Tarnowianie uważają to za oczywiste, ale ja patrzę jeszcze na to troszeczkę z zewnątrz. Myślę więc, że takim "przełamaniem" stanie się, po plenerowym "Teatrze na wozie" czyli "Targaniu jabłek", premiera musicalu o świętym Franciszku w czerwcu, podczas Dni Tarnowa, na Rynku. Innym wątkiem jest próba budowania teatru repertuarowego i aktorskiego - od nowego roku pojawiać się będą absolwenci szkoły teatralnej. Na pewno będzie to i dla aktorów i dla publiczności doświadczeniem odświeżającym. Nowe twarze widoczne będą już w lutym. Świeża krew zawsze stanowiła o sile teatru: gdy zbudujemy zespół w miarę dynamiczny, co już będzie widać w nowym sezonie, wówczas będziemy projektowali inny repertuar, będziemy mogli bardziej odpowiedzialnie zacząć myśleć o mądrze przygotowanych lekturach. Trudno teraz mówić o zmianach personalnych. Teatr nie jest z gumy, ale jest środek sezonu, teatr się w biegu reformuje i oczekujemy raczej jakichś powrotów. Wszystko, rzecz jasna, zależy od pieniędzy. Czy ktoś odejdzie? Możemy rozmawiać o tym tylko w kontekście artystycznym, nie sensacyjnym - i to dopiero w kwietniu. Co więcej - "Zielona Gęś" wypadła korzystnie, pani Marta Stebnicka zasugerowała, że mogłaby coś jeszcze u nas wyreżyserować. Jest też wspólny projekt Krakowa i Tarnowa - "Upadek kamiennego domu", sztuka Brandstaettera, związanego z Tarnowem poprzez szkołę, a z Krakowem poprzez debiut. Listy intencyjne pomiędzy prezydentami miast zostały podpisane, być może uda się to zrobić w koprodukcji z Teatrem Starym, być może zagra pani Anna Polony, która bardzo mile wspomina swój pobyt w Tarnowie. Na drugą połowę stycznia planowane są także warsztaty "Modna Melpomena", czyli kontynuować będziemy akcję, która została kiedyś w teatrze przerwana. Warsztaty zostaną poszerzone i obejmą zakres teatru, radia i telewizji.

- Marzy się Panu teatr, w którym...

- Marzy mi się przejście z płaszczyzny opisu do płaszczyzny przeżycia, czyli to, co stanowi chleb dla teatru. Powtórzę raz jeszcze idealną receptę, jaką dał teatrowi Wyspiański: "służyć za zwierciadło naturze", czyli rzeczywistość pojęta nie fotograficznie, tylko głębiej. Ten ogląd należy łączyć z przesłaniem moralnym, a więc "cnocie pokazywać własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi postać ich i piętno". Czyli wpisać się w dany moment, w dane miejsce. Marzy mi się teatr inscenizacji, teatr wielkich celów i wielkich postaci. Repertuarowo jest to choćby "Kordian" czy "Balladyna". Czyli dużo prawdy i dużo poezji...

Dziękuję za rozmowę.

Na zdj. 27.03.2003r. Wojciech Markiewicz przejmujący z rąk prezydenta Bienia obowiązki dyrektora Teatru im. L. Solskiego (archiwum OKAY).
Sonda inTARnetowa
 
A to czytałeś ?
Czy sądzisz o komercjalizacji tarnowskiej służby zdrowia ?
jestem za
jestem przeciw
nie mam zdania
[Zobacz wyniki]
 



© 2003-2012 Tarnów ON-LINE

Kontakt z redakcją/administratorem:
Tarnowski Obywatelski Portal Internetowy inTARnet.pl
redakcja@intarnet.pl, tel. kom. 662 930 947