To jest strona archiwalna
   Co to był za portal ?   
Najnowsze informacje
Zapraszamy, promujemy
Reklama
PŁATNE OGŁOSZENIA i REKLAMY
» PROMUJ się w inTARnecie (oferta)
Reklama
Reklama
Reklama
InTARnet poleca
» ZBK F.Machowski
» Dr Jacek Roik - nowy adres www!
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Źródło: (r)
  
   Piraci z Karaibów. Na krańcu świata   -   24/5/2007
Już w dniu swiatowej premiery finał przygód Jacka Sparrowa (J.Depp), Elizabeth (K.Knightly) i Willa (O.Blomm) będą mogli oglądać tarnowscy kinomani. To bedzie zapewne jeden z największych przebojów kinowych nadchodzącego lata. Tym razem Elizabeth i Will, wraz z kapitanem Barbossą, udają się w podróż, by uwolnić Jacka Sparrow. W drodze zmagają się z trudami rejsu oraz ze straszliwym Davy Jonesem. Docierają w końcu do Singapuru, gdzie spotykają przebiegłego chińskiego pirata Sao Fenga. Tam będą musieli stoczyć ostateczną bitwę, od której zależy ich własne życie oraz los całego pirackiego świata...

Ogloszenie


Premiera : 25.05.2007r.
USA, 2007
przygodowy, 170 min.
reżyseria: Gore Verbinski, scenariusz: Ted Elliott, Terry Rossio
obsada: Johnny Depp, Orlando Bloom, Keira Knightley, Chow Yun-Fat, Geoffrey Rush

Więcej informacji: kliknij tutaj
Seanse w :
Kinie Millennium
Kinie Marzenie

Portret Johnny Deppa

Początek lat 90. przywiał do Polski, wśród innych zdobyczy cywilizacji Zachodu, masę gwiazd i prawdziwe zatrzęsienie gwiazdeczek, które zaczęły edukowanie społeczeństwa w zakresie funkcjonowania "celebrities". W naszym kraju zaczynały się złote czasy wideo, które pozwalały nie tylko zachłysnąć się falą uderzeniową produkcji ostatniej dekady, ale też poczuć rozkosz współuczestnictwa w amerykańskiej współczesności. Wideo i kino wsparła kolorowa prasa, przedłużająca kontakt z gwiazdami poza ciasne ramy seansu. W barwnym korowodzie dziś raczej śmiesznych indywiduów, błyszczał Johnny Depp, figura nowej, wówczas w Polsce rodzącej się, masowej wyobraźni, dla części urodzonych około 1980 roku widzów bohater mitycznego dzieciństwa, które ozdabiał swoją chłopięcą twarzą na okładkach magazynów, na naklejkach pisemek na licencji, wreszcie - na ekranach.

Kariera Johnny'ego Deppa jest oczywiście dłuższa. Kiedy zaistniał w polskiej świadomości masowej, był już gwiazdą pierwszej wielkości. Rzucił szkołę jako nastolatek, stawiając na karierę rock'n'rollowca. Nie wyszedł na tym etapie poza role drugoplanowe: z formacją Kid (jedną z wielu, z którymi współpracował) uzupełniał koncerty Iggy'ego Popa. Po drodze zdarzały się jeszcze muzyczne przygody (skomponował piosenkę do kontynuacji "Desperado", nagrał kilka partii gitarowych dla Oasis), ale najważniejsze okazało się małżeństwo z Lori Anderson, i to tylko dlatego, że poznał dzięki niemu Nicolasa Cage'a. To on skłonił go do aktorstwa i pomógł w debiucie (1984). Po "Koszmarze z ulicy Wiązów" Wesa Cravena i "Private Resort" zagrał epizod w "Plutonie" Olivera Stone'a (jedna scena) romansując jednocześnie z telewizją. To właśnie roli detektywa Toma Hansona w serialu telewizyjnym "21 Jump Street" zawdzięcza olbrzymią popularność w Stanach. Jednak sukces kosztował. Przez cztery lata był nieobecny na dużym ekranie i poznał smak wtłoczenia przez maszynę produkcyjną do określonej szufladki. Dziś wspomina ten okres jako mękę czyśćca i przepaść, nad którą udało mu się zatrzymać.

Pozwoliły mu na to dwie role z roku 1990. Przede wszystkim tytułowy Beksa - Wade "Cry-Baby" Walker w filmie Johna Watersa. Wydawało się, że nad Deppem wisi sformatowana już postać buntownika. O tyle niekomfortowa, że "nowy James Dean" może tylko szybko i efektownie umrzeć bądź zniknąć w cieniu oryginału. Ale szczególna konwencja, jaką posłużył się Waters, król nowojorskiego campu, pozwoliła obrócić ją przeciw sobie. Twórca "Beksy" drwi z mitu lat 50. a Depp z wizerunku, jaki chciało narzucić mu Hollywood. Pierwszy raz zademonstrował w tej brawurowo zagranej roli uzdrawiającą zdolność do ironii, plastyczność i fizyczną umiejętność odnajdywania się w specyficznej konwencji estetycznej. Druga rola, "Edwarda Nożycorękiego" w filmowej baśni Tima Burtona okazała się brzemienna w konsekwencje. Po pierwsze był to początek współpracy Burtona i Deppa. Po drugie - ten występ określił i sprecyzował pewien typ roli, niemal na stałe już do Deppa przypisany. Nadwrażliwiec, człowiek z zewnątrz, trochę awanturnik, na którego inni reagują alergicznie. Często konfrontowany z jakimś "ciałem społecznym", wywołuje albo fascynację, albo łatwą nienawiść. Małe socjologiczne studium Burtona pozwoliło reżyserowi zademonstrować pojemność użytej przez niego konwencji, a aktorowi duże wyczucie i talent. Na sukces z pewnością rzutowały związki z jego biografią i oplatającymi ją anegdotami. I to dwojako: widzowie lubią legendy sięgające poza ekran, a sam aktor, choćby nieświadomie, zapewne wykorzystywał doświadczenia osobiste w życiu zawodowym. Małe miasteczko - najpierw w Kentucky, potem na Florydzie, nieszczęśliwa rodzina, rzucona szkoła, szybka inicjacja narkotykowa i seksualna. Potem już według starego, zawsze modnego scenariusza: burzliwe związki, imprezowanie, starcia z prasą. Jeśli rzeczywiście nie do końca skutecznie uciekał od swej szeroko pojętej roli, to na pewno ją pogłębiał.

Trzydziestoletni Johnny dobrze wykorzystał zdobytą pozycję, trafnie wybierając kolejne role. Można rozpisywać się o tych, które odrzucił, ale trzeba przyznać, że jeśli tylko pojawiały się dobre propozycje, nie tracił okazji. Przy tym oferty składano mu znakomite. Poza Timem Burtonem (5 głównych ról) czy Lasse Hallströmem (2 razy), po "wiecznego chłopca" sięgali Emir Kusturica, Jim Jarmusch czy wreszcie Roman Polański. Jego specjalnością stały się dość podobne, ale bardzo ciekawe kreacje wrażliwych outsiderów. Efektowny Sam w nieco zbyt gładkim filmie "Benny i Joon", rozmawiający z rybami Axel ze świetnego "Arizona Dream" Kusturicy i tytułowy bohater "Co gryzie Gilberta Grape'a" Hall-ströma. Wszyscy oni prowadzą jakieś małe wojny ze sobą. Gra Deppa to raczej sztuka powściągliwości i ironia niż promieniujące emocje. Może dlatego w Ameryce - gdzie często dramat postaci czyni sam geniusz aktora - blask Deppa-artysty nie może się przebić przez blask Deppa-gwiazdy.

Aktor wykorzystał dobrą falę i nie zwalniał. Ponownie spotkał się z Burtonem na planie filmu o najgorszym reżyserze filmowym świata - w "Edzie Woodzie". Kolejny rok był także bardzo pracowity - trzy filmy, a każdy jakoś ważny dla jego kariery. "Don Juan de Marco" utrwalił jego mocną pozycję w kinie popularnym, natomiast "Nick of Time" (polski tytuł: "Na żywo") jest woltą o tyle zaskakującą, że to klasyczna produkcja sensacyjna - jej eksperymentalność wyczerpuje konstrukcja, w której czas ekranowy pokrywa się z rzeczywistym. Późniejsze role w "Donnie Brasco" (1997) i "Blow" (2001) potwierdziły, że poza własnym emploi aktor ma jeszcze inne narzędzia do dyspozycji. Jim Jarmusch - twórca "Truposza" (trzeciego filmu Deppa z roku 1995) - powiedział o jego twarzy, że jest "jak biała ściana, prosząca się o graffiti". Twarz Deppa, w odróżnieniu od innych hollywoodzkich przystojniaków, domaga się jakiejś historii. Twórcy starają się często skazić ją, "zepsuć". William Blake - bohater "Truposza" - to z jednej strony wcielona niewinność w dżungli zepsucia, z drugiej człowiek naznaczony, zmierzający dopiero do pierwotnej czystości. Kreacja doskonale mieszcząca się w świecie mistrza kinowego minimalizmu.

W zasadzie różnorodność ról Deppa pozostaje mocno ograniczona, ale trzeba przyznać, że zawsze wyczuwa tonację, narzuconą przez reżysera. Potrafił wpisać się w ckliwą rolę "Człowieka, który płakał" (2000), by w "Dziewiątych wrotach" zagrać postać dwuznaczną, człowieka kuszonego przez diabła, choć wciąż stojącego jedną nogą po jasnej stronie mocy. Zdecydowanie częściej reżyserzy nie wychodzą poza jego wizerunek medialny, widząc go jako wyobcowanego nadwrażliwca-artystę ("Sekretne okno", "Marzyciel", "Rozpustnik"). Bywa awanturnikiem, detektywem, klasycznym kochankiem, komiksowym piratem. Nie zmieniła tego przygoda z 1997 roku, w której aktor postanowił nieco namieszać, wyznaczając sobie rolę we własnym debiucie reżyserskim, jak dotąd jedynym jego przedsięwzięciu tego typu.

Powołał w tym celu firmę Brave Picture Inc., napisał scenariusz na podstawie prozy Gregory'ego McDonalda, zaprosił do współpracy znajomych (epizod Marlona Brando, zdjęcia operatora Emira Kusturicy - Vilko Filača, muzyka Iggy'ego Popa) i za 7 milionów dolarów zrealizował dramat "Odważny". Jest to historia nieudacznika z indiańskiego getta, na zapadłej prowincji, który postanawia sprzedać swoje życie do "snuff movie", za cenę 50.000 $ na lepszy byt dla swojej rodziny. Przedsięwzięcie przerosło jednak reżyserskie możliwości Deppa - film się nie udał, nawet głównej roli zabrakło charakteru. Przygodę reżyserską wspomina dziś raczej niechętnie i nie zapowiada kontynuacji.

"Już nie muszę grać buntowników i outsiderów" - stwierdza odprężony czterdziestolatek. W samą porę, by nie otrzeć się o własną karykaturę. Niepostrzeżenie i dość szybko Johnny Depp znalazł się wśród tych ludzi Hollywood, którzy już niczego nie muszą, a tym samym więcej mogą. Pozostaje tylko pytanie czy na to "więcej" mają ochotę. Nie stroni od tzw. "filmów nieszkodliwych" i trudno go za to winić. Po rolach, które zagrał u czołowych reżyserów i po gażach, które inkasuje (za "Charliego i fabrykę czekolady" otrzymał 18 mln dolarów) można wnioskować, że w doborze scenariuszy nie kieruje się niczym innym jak tylko własnymi preferencjami. Johnny - miły chłopiec, który dobrze pasuje do egzotycznych ról Cygana czy Indianina. O "Piratach z Karaibów" mówi mniej więcej to, co Polański o "Oliverze Twiście": "Chciałbym wreszcie zrobić jakiś film, który mógłbym pokazać swoim dzieciom".

Udaje mu się czasem podnieść o klasę film całkiem średni: przykładem "Piraci z Karaibów". Zdarza się, że ulega przeciętności ("Sekretne okno", "Żona astronauty"), ale czasem nawet w słabym filmie potrafi być intrygujący ("Człowiek, który płakał"). Tylko połowiczny sukces odniósł w "Rozpustniku" (nie całkiem fortunne tłumaczenie oryginalnego "The Libertine"), gdzie wkracza na ekran ze słowami: "nie chcę, abyście mnie lubili". Jego bohater to lord Rochester John Wilmot - XVII wieczny poeta, znany ze swego oddania radościom erotycznym i braku oddania królowi. Jego barwny żywot zakończył syfilis, co oznacza, że Depp staje się kolejnym królem piękna z Hollywood oszpeconym dla potrzeb kinowej rozrywki. Dzieło debiutanta Laurence'a Dunmore'a przypomina zrealizowany z werwą i nieźle zagrany teatr telewizji, o tyle ciekawy, że Depp próbuje, zgodnie ze wstępną zapowiedzią, sięgnąć kolejnego progu w swej karierze jako czarny charakter. Cel osiąga - na tyle, na ile pozwala mu scenariusz.

W przyszłym roku mieszkający w Paryżu artysta wystąpi w filmie Petera Weira "Shantaram". Trwają też negocjacje w sprawie filmu o Michaelu Hutchence, zmarłym liderze zespołu INXS. Na karku ponad czterdzieści lat, ponad trzydzieści ról na dużym ekranie i trzecia dekada na topie. Udała mu się trudna sztuka częściowego odejścia od Hollywood, choć Hollywood z niego nie zrezygnowało. "Mogę teraz robić to, na co mam ochotę i nie mam zamiaru z tego rezygnować" - mówi. I robi: bierze udział w ryzykownych projektach Terry'ego Gilliama (wielki narkotykowy zjazd w "Las Vegas Parano" z 1998 czy nie skończony "Don Quijote"), zbiera oferty od wielkich wytwórni i utrzymuje wysoki poziom. I wszystko jakby od niechcenia.

Darek Arest
Sonda inTARnetowa
 
A to czytałeś ?

Warning: mysql_connect() [function.mysql-connect]: Unknown MySQL server host 'mysql5-3.premium' (1) in /home/intarnet/www/www1.atlas.okay.pl/poll/include/class_mysql.php on line 32
Connection Error
MySQL Error : Connection Error
Error Number: 0 
Date        : Tue, January 18, 2022 15:36:56
IP          : 54.80.249.22
Browser     : CCBot/2.0 (https://commoncrawl.org/faq/)
Referer     : 
PHP Version : 4.4.9
OS          : Linux
Server      : Apache
Server Name : www.intarnet.pl
Script Name : /www1.atlas.okay.pl/index_full.html