Już wkrótce portal w nowej formule
  Reklama i mecenat  
Najnowsze informacje
Zapraszamy, promujemy
Reklama
PŁATNE OGŁOSZENIA i REKLAMY
» PROMUJ się w inTARnecie (oferta)
Reklama
Reklama
Reklama
InTARnet poleca
» ZBK F.Machowski
» Dr Jacek Roik - nowy adres www!
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Źródło: inTARnet.pl
  
   Eurosceptyczne „warchoły”   -   19/3/2008
Parę dni temu tarnowscy posłowie PiS zorganizowali konferencję prasową, poświęconą przede wszystkim ratyfikacji tzw. „Traktatu Lizbońskiego”. Temat ten od jakiegoś czasu rozpala parlament, przy czym do dziś nie zaistniała żadna uczciwa dyskusja czy debata na ten temat – ot, przyszłość Polski po raz kolejny stała się przedmiotem gry politycznej poszczególnych partii. Dopiero co mieliśmy przemówienie prezydenta w tej sprawie, a zaraz potem posłuchaliśmy gromów rzucanych przez Donalda Tuska. Wkrótce zamieścimy wypowiedzi posłów PiS oraz poseł Urszuli Augustyn na temat traktatu, nim jednak się to stanie – zapraszam zainteresowanych do przeczytania niniejszego felietonu.

Ogloszenie
>

Wczoraj, 18 marca Donald Tusk publicznie zapowiedział, iż jeśli w swoim zacietrzewieniu PiS zablokuje ratyfikację Traktatu Lizbońskiego, „będziemy musieli odwołać się do opinii Polaków, czyli zorganizować referendum”. „Chcę jednak tego kosztownego, czasochłonnego i ryzykownego z punktu widzenia ratyfikacji Traktatu projektu uniknąć” – stwierdził premier. Czyli co, rozumiem, że skoro, nawet wbrew euroentuzjastycznym sondażom ratyfikacja w drodze referendum jest „ryzykowna”, a więc niosąca ryzyko odrzucenia traktatu, to znaczy że sam traktat jest naszą nową narodową świętością i racją stanu? Czy może premier wie coś o prawdziwości euroentuzjastycznych sondaży, czego my nie wiemy? Dalej Tusk mówi o przemówieniu prezydenta które „wpisuje się niestety w awanturę o antyeuropejskim charakterze” – rozwiewając tym samym ostatecznie wszelkie moje wątpliwości względem intencji tego pana i jemu podobnych. Otóż jeszcze nie tak dawno można było komuś zarzucić „antypolskie” działania, które mogą być kwalifikowane jako zdrada. Dziś o Polsce się już nie mówi, dziś mamy „awanturę o antyeuropejskim” charakterze. Znaczy się, status Europy jest nadrzędny wobec Polski? Donald Tusk przyznaje się do takiego poglądu niemal wprost i można się tylko zastanawiać, premierem jakiego właściwie jest kraju.
Tusk brnie jednak dalej, dokonując bez mała zamachu na konstytucję, na konstytucyjne uprawnienia prezydenta: „nie wyobrażam sobie, żeby prezydent odmówił złożenia podpisu, do czego obliguje go konstytucja, nad ratyfikowanym Traktatem Lizbońskim”. Znaczy że jak? Że prezydent nie ma prawa do tego, do czego ma prawo? PO gra cynicznie, ja zaś nie wyobrażam sobie, żeby premier nie znał konstytucji. Oczywiście wiem o co chodzi, w końcu Kaczyński sam ów dokument „negocjował” i teraz nagle ów negocjacyjny „sukces” wymaga dodatkowych zabezpieczeń. Obie strony są cyniczne, ale o tym za chwilę.
Najpierw przyjrzyjmy się może temu, czego PO i LiD obawiają się tak bardzo. Czyli tej „antyeuropejskiej awanturze”. (Nawiasem mówiąc czemu nie „antyunijnej”? – to kolejny przykład na to, jak słowom dziś przewrotnie nadaje się nowe znaczenie.) Ano, chodzi o prezydencki projekt ustawy ratyfikacyjnej PiS, zawierający m.in. takie zapisy, jak konieczność uzyskania zgody prezydenta, rządu i parlamentu w sprawie ewentualnego odstąpienia od zapisów Traktatu Lizbońskiego dotyczących kompromisu z Joaniny i protokołu brytyjskiego do Karty Praw Podstawowych, czyli ograniczającego wpływ tej karty na nasze prawodawstwo (m.in. ryzyko przymuszenia przez Trybunał w Strasburgu Polski do zgody na adopcję dzieci przez pary homoseksualne czy... zakaz adopcji dla osób, które uważają homoseksualizm za grzech i nie będą uczyć swoich dzieci, że to coś wspaniałego). Dlaczego PO i LiD boją się chociażby tego, co wzmacnia pozycję Polski w UE i co Polska wynegocjowała (Joanina)? Dlaczego boją się zapisu, zgodnie z którym to polska konstytucja jest aktem nadrzędnym? Czemu nie powiedzą tego wprost – tak, dla nas najważniejsza jest racja Unii Europejskiej, racja stanu Rzeczypospolitej Polskiej jest dla nas drugorzędna. Bo Polskę mam gdzieś, nasza tożsamość, nasze pieniądze, nasze stanowiska są w Unii, nie zaś w jakimś archaicznym landzie o nazwie „Polska” w którym przyszło nam żyć. Czy tak myślą i postępują patrioci tego czy innego kraju? Czy tak może postępują zdrajcy, którzy nawet zdrady swej dostrzec nie są w stanie – no bo przecież oni są „Europejczykami”, a „miejsce Polski jest w Europie”, zaś „traktat jest naturalną konsekwencją naszego przystąpienia do UE, no a poza tym któż by nie chciał być Europejczykiem, czyli człowiekiem nowoczesnym, światłym, inteligentnym, otwartym na świat, pozbawionym uprzedzeń, w opozycji do wszystkiego pozostałego, co jest już tylko ciemnogrodem. I tak sformatowane umysły ma znacząca część zarówno naszego społeczeństwa, a tym samym i „elit”, niezależnie od tego czy będzie to Iksiński, który wyemigrował w pocie czoła walczyć o byt swojej rodziny, czy sformatowany Donald Tusk, czy poseł Urszula Augustyn.
W każdym razie: ten przekaz jest tak logiczny, czytelny i oczywisty że dziw bierze jak mało osób na podobne komunikaty zwraca uwagę. No, ale na przestrzeni ostatnich lat zrobiliśmy wszyscy wiele, by zniszczyć polską edukację i jak wykazują badania, coraz więcej osób ma trudności ze zrozumieniem tego, co czyta.

Nie lubię ani PiS, ani braci Kaczyńskich – mam ich za takich samych cynicznych graczy i manipulantów, jak wielu reprezentantów PO czy LiD; by nie rzec: wszystkich polityków, którzy gdyby byli Pinokiami, nie mogliby wejść nawet do Sejmu, bo potykaliby się o własne nosy. Tarnowscy parlamentarzyści nie są tu bynajmniej wyjątkiem. Oczywiście mogę się zgodzić z zarzutem Platformy czy lewicy, że PiS gra pod publiczkę, co może mieć związek z woltą pięćdziesięciu kilku posłów tego ugrupowania głosujących przeciw ratyfikacji „Eurotraktatu” przez parlament, nie zaś w drodze referendum. I że nagle coś, co miało być „sukcesem” negocjacyjnym Kaczyńskich nagle tym sukcesem jest jakby nie bardzo i trzeba nagle się gimnastykować, wykonywać różne wolty i wymyślać projekt ustawy „zabezpieczającej” nas przed możliwymi negatywnymi skutkami Traktatu Lizbońskiego. Ale nie mogę się, delikatnie mówiąc, zgodzić z argumentami – LiD zwłaszcza – że to nasz polski interes ów traktat w całej rozciągłości przez parlament ratyfikować, podczas gdy jest to sprzeczne z racją stanu. No, ale lewica w PE czuje się jak ryba w wodzie, albowiem przed laty projekt obecnej „Unii Europejskiej” został przechwycony i spaczony przez dominującą w Unii lewicę, jakkolwiek by się ona nie nazywała, a towarzysz z towarzyszem zawsze znajdzie wspólny język. Tyle że tamtejsi towarzysze, zasiadający dziś w ławach Parlamentu Europejskiego, w latach 60-tych tak chętnie ślący hołdy i zachwyty pod adresem systemu komunistycznego w ZSRR, oprócz starannie reżyserowanych wycieczek do tej oazy szczęśliwości, życia w tym systemie nie zaznali.
Nie mogę się też pogodzić z tym, że z ludzi takich jak ja, wyrażających swój niepokój o suwerenność i niepodległości Polski, zagrożoną rzeczonym traktatem, próbuje się zrobić zaprzańców, warchołów, wrogów publicznych, słowem – ciemnogród, przy czym oskarżyciele owi, tak światli, nie potrafią zbić w sposób logiczny ani jednego wysuwanego przez nas argumentu, ani jednej obawy. Oni wiedzą lepiej, głosując nad czymś, czego nie czytali, bo nawet w formie tekstu jednolitego traktat nie istnieje. A wszystko to, wszystkie te epitety rzucane są zamiast merytorycznej dyskusji, która jak dotąd nie zaistniała. Proszę bardzo, rozwiejcie moje obawy, zanalizujcie zapisy traktatu, opowiedzcie o nich, przedstawcie go choćby tym nielicznym, którzy przynajmniej spróbują przezeń przebrnąć – ale nie mówcie mi, że „nie ma obaw”, jak raczyły to stwierdzić zarówno pani Urszula Augustyn, jak i Urszula Gacek. Tak się dotąd nie stało, albowiem wówczas prawda wyszłaby na jaw; zresztą, nie po to po hochsztaplersku rozwłóczono 80 procent odrzuconego parę lat temu w referendach traktatu konstytucyjnego, wsadzonego w obecny traktat, by upubliczniać jego zapisy. Zresztą, pamiętam gdy przy okazji tego poprzedniego traktatu obecny w Tarnowie rosyjski dysydent Władimir Bukowski mówił o europejskich socjalistach: nie łudźcie się państwo, ten dokument wróci, w zmienionej formie, o innej nazwie, tak podany, by nie ratyfikować go w drodze referendum. Bo ci, którzy rządzą Europą, wciąż śnią swój sen o socjalistycznym państwie dobrobytu, z ręcznie sterowanym „wolnym rynkiem”, z którego wolnością już mamy do czynienia, za pośrednictwem systemu limitów i dopłat. I ta „przepowiednia” właśnie się dzieje na naszych oczach.

Dziś samo słowo „eurosceptyk” staje się słowem wypowiadanym z niesmakiem, staje się epitetem, światłego człowieka niegodnym, bo wstrzymywaniem postępu i bez mała przestępstwem przeciw świetlanej przyszłości są obawy ludzi takich jak ja, obawy związane ze stopniowym przekształcaniem UE w superpaństwo (co oczywiście nie stanie się od razu), kosztem państw „członkowskich”, obawy związane z opieraniem tego tworu na „wartościach” będących w istocie antykulturą, wymierzoną przeciw człowieczeństwu, przeciw tworzącemu niegdyś fundament Europy chrześcijaństwu, bo tylko z człowieka pozbawionego kulturowego i religijnego dziedzictwa można ulepić „nowego człowieka”, wychowanego w kulcie tzw. „tolerancji”, w imię której utrzymuje się na koszt podatników wielodzietne, dziedziczące bezrobocie z pokolenia na pokolenie rodziny muzułmańskie, rozsadzające potem ulice Paryża, tolerancji w imię której zareagowanie na widok murzyna wpychającego się w kolejkę przy kasie hipermarketu we Włoszech, kończy się oskarżeniami o rasizm, stawiającymi kasjerkę „do pionu”, tolerancji w imię której tropi się wszędzie antysemityzmy i karze za brak „tolerancji” wyrażającej się tym, iż ksiądz nazwie homoseksualizm grzechem. Mówię tu także o obawach przed niebezpiecznie socjalizującym się, przebiurokratyzowanym, centralistycznym tworem UE, w którym prym wiodą tak postrzegane standardy „europejskości”, podczas gdy należałoby mówić raczej o „unijczykości”, mówię raz jeszcze o obawach przed powołaniem do życia np. zapowiadanych przedstawicielstw dyplomatycznych UE, bo ambasady są organami państwa, nie zaś „organizacji” państw. Mówię tu wreszcie o standardach, które wyznaczają tacy ludzie chociażby jak Daniel Cohn – Bendit, niemiecki eurodeputowany z frakcji „Zielonych”, jeden z przywódców rewolty paryskiej w 1968 roku, którego sylwetkę przypomniał „Dziennik Polski”, przy okazji zaproszenia tego pana przez Adama Michnika na okoliczność rocznicy marca 1968. Ów prawdziwy, światły Europejczyk i autorytet jest pedofilem, który przed laty, jak sam stwierdza „starał się odpowiedzieć na potrzeby seksualne dzieci”. Pan Bendit związany był także niegdyś z terrorystami ze słynnej Frakcji Czerwonej Armii, przez kilkanaście lat chronił jednego z terrorystów, wraz z Joschka Fischerem, a nawet odwiedzał Ulrikę Meinchof w więzieniu, sprawdzając, w jakich warunkach ta morderczyni żyje (żyła). Słynie ów pan z płomiennych przemówień, walczy o emancypację mniejszości seksualnych i chce powstrzymywać nas przed wszechwładzą kleru, by w ten sposób ratować Polskę przed „runięciem w kulturową przepaść”.
W tym całym kontekście sprytną manipulacją jest również mówienie różnymi słowami o „naszej obecności w Europie”, podczas gdy tak naprawdę chodzi o „naszej obecności w Unii”, a przecież poza rozbiorami i PRL kulturową częścią Europy byliśmy zawsze.

Poza ty, w artylerii wytoczonej przez PO czy LiD przeciwko osobom obawiającym się konsekwencji nie zabezpieczonego traktatu (a gdzież tu kryje się niebezpieczeństwo tych zabezpieczeń, panowie?), nie ma niczego nowego – podobne w formie oskarżenia i „argumenty” miotane były przy okazji kolejnych rozbiorów i Konfederacji Targowickiej.
Próbując mnie i ludzi jak ja zakrzyczeć, z braku argumentów, epitetami, przy okazji odmawia się nam, między innymi w komentarzach na naszym portalu, prawa do mieszkania w Polsce. „Obrońcy Europy”, duchowi spadkobiercy „Świętego Przymierza” czy „Targowicy”, a w sensie wszechobecnego odwrócenia pojęć i ich znaczeń – paradoksalnie także Adolfa Hitlera, który „czynił nadludzkie wysiłki aby uratować pokój”, zarzucają mi faszyzm, nacjonalizm, a najogólniej rzecz ujmując – patriotyzm po prostu, który do tych dwóch poprzednich terminów się dziś zrównuje, przy okazji posyłając mnie na Białoruś. Drodzy rodacy – ja wam prawa mieszkania w Polsce nie odmawiam. Natomiast jeśli niemiłe wam dziedzictwo przodków, którzy wydali was na świat i którzy walczyli o Ojczyznę (no ale walka o Ojczyznę jest niemodna), przelewając krew, byście dziś mogli żyć i dożyć tej dobrej chwili, w której możecie pojechać sobie „na dowód” do dowolnego kraju Europy, czego nie neguję, choć możliwość ekonomicznej ucieczki z Polski trudno uznać za osiągnięcie – zatem: skoro wam ta Polska niemiła, zawsze możecie z niej wyemigrować, niekoniecznie na Białoruś. Jest wiele państw do wyboru. Są kraje, z których ujadać nawet jakby łatwiej. To, o co proszę, to o chwilę zastanowienia, uszanowanie czyjejś opinii i danie szansy na zaistnienie merytorycznego dialogu, prawdziwej debaty, której wy, euroentuzjaści, tak bardzo się dziś boicie, próbując zakrzyczeć logiczną argumentację. Przy czym słowa powyższe adresuję również dla pani poseł Urszuli Augustyn, nie tylko do osób ukrywających się pod nikiem, daltonistów, rozróżniających jedynie dwa kolory: czarny i biały, w tym reprezentanta narodu, pana Tuska, apelując, by wskutek tego daltonizmu nie wrzucali mnie do jednego wory z radiomaryjnym szaleństwem. Naprawdę, świat ma wiele kolorów. A ja kawałek tego świata miałem już okazję dotknąć, nie raz, i nie za pomocą kolorów. To odnośnie jednego z zarzutów. Po drugie, rozbawia mnie rozwiewanie moich wątpliwości słowami: sam pan zobaczy, zabiorę pana do Europarlamentu, to się pan przekona. Otóż nie przekonują mnie takie „study tour”, w których z balkonu z nabożną czcią podziwia się marmury i satyryczną liczbę przeszło siedmiuset deputowanych, pal sześć jeśli debatujących nad przysłowiową już dopuszczalną zawartością tłuszczu w jogurcie light – o ile oczywiście ów barwny korowód, złożony z tysięcy doradców, tłumaczy etc nie przemieszcza się akurat do drugiego miasta obrad. Po trzecie – niech i tak będzie, jestem pełen uprzedzeń, bo wolę mieć takie „uprzedzenia”, niż nie mieć choć odrobiny krytycyzmu i zdolności logicznego myślenia, który to brak wydają się wykazywać niektórzy moi adwersarze.
A do tych, którzy w skrytości ducha myślą podobnie jak ja, lub się wahają, mam słowa otuchy – nie dajcie sobie wmówić że jesteście ciemnogrodem, że „Polacy znów będą warcholić”. Jeśli „warcholimy”, to jesteśmy w doborowym towarzystwie – podobne zastrzeżenia mają bowiem Brytyjczycy. Nie bez kozery pewien dokument dołączony do Karty Praw Podstawowych nazywa się „Protokołem Brytyjskim”. Zresztą, obecnie dyskusja wydaje się koncentrować na samej Karcie, podczas gdy w sensie instytucjonalnym, daleko większe niebezpieczeństwa stwarza sam Traktat Lizboński, o czym wielokroć pisałem w innych tekstach. Ten fakt również wydaje się znamienny.

I ostatnia kwestia: ludzie pokroju pana Tuska, chwaleni i poklepywani przez media rosyjskie, to znów niemieckie, w zamian za spolegliwość na wizytach, z których nie przywozi się nic, powinni się zastanowić, po pierwsze – czy poklepywanie po ramieniu przez np. przedstawiciela rządu Niemiec jest wyznacznikiem polskiej racji stanu oraz po drugie – czyje tak naprawdę interesy reprezentują. Bo nawet postawa Gerharda Schrodera, prącego do budowy rosyjsko - niemieckiego gazociągu pod dnem Bałtyku, a dziś pośrednio utrzymywanego na garnuszku przez byłego oficera KGB Władimira Putina, z punktu widzenia interesu Niemiec mimo wszystko jest świetlana. W przypadku liderów PO i LiD, czyli SLD, ślepo brnących do ratyfikacji dokumentu którego nie widzieli, dyskusji o którym tak się obawiają i którego powszechnie dostępnego tak naprawdę nie ma – o tych ludziach nawet tego niestety nie można dziś powiedzieć. A że łaska ludu na pstrym koniu jeździ – wysokie sondaże z czasem obracają się w niwecz. Te zaś mają wyjątkowo kruche podstawy, bo zbudowane są nie na sympatii do PO, ale niechęci do PiS. Radziłbym o tym pamiętać. No, ale nim sondaże spadną, panowie ci zdążą sobie zabezpieczyć tyły – już to na układanych przez siebie listach do Parlamentu Europejskiego, już to w unijnych instytucjach...
A potencjalne pytanie referendalne w sprawie traktatu lizbońskiego, w istocie sprowadzać się winno do takiej to kwestii: czy jesteś za Polską niepodległą, czy może uważasz, że naszą przyszłością jest porzucenie tej „tradycji plemiennej” i wejście w skład większego tworu państwowego? W przypadku pozytywnej odpowiedzi na to drugie pytanie, fakt, czy nazywać się będziemy nadal Polska, czy „Region Polski”, czy może Land, albo czy nie dokonają się projektowane już dawno podziały regionalne w poprzek zniesionych granic, poprzez więzy ekonomiczne (np. ponadpaństwowy „Śląsk”) – to już de facto nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Choć, jak pisałem, nie stanie się tak od razu. Podczas rozbiorów Polskę też dzielono, „na raty”. Bo zawsze wygrywa najsilniejszy, ten, który potrafi zadbać o własne interesy. Dlatego, jeśli nawet ostateczny bój wygrają „pan-narodowi”, socjalistyczni eurokraci, to i tak wiadomo, kto za lat dziesiąt może okazać się faktycznym zwycięzcą. Nie przez najazd, ale drogą podboju ekonomicznego, kulturowego, politycznego. To te kraje, które dziś Europie nadają ton. Na nasze własne życzenie, za klepnięcie po ramieniu i klęczenie u klamki.
M. Poświatowski
Sonda inTARnetowa
 
A to czytałeś ?
Czy sądzisz o komercjalizacji tarnowskiej służby zdrowia ?
jestem za
jestem przeciw
nie mam zdania
[Zobacz wyniki]
 

Komentarze internautów:   (Liczba komentarzy : 2)Dodaj komentarz
(20-03-2008) M.Wietrzyk :
Bardzo mnie cieszy, że są jeszcze ludzie, którzy myślą samodzielnie i przy tym nie zapominają, że są Polakami. Niestety sprawa jest już przegrana a próby podjęcia walki choćby słownej już nawet nie o zmianę istniejącego stanu, ale choćby o chwilę refleksji nad tym co się stało przypominają mi raczej utarczki straży tylnej wycofującej się armii z napierającym nieustannie o wiele silniejszym przeciwnikiem. Uniosceptycy już powinni myśleć o budowie poteżnego zaplecza głównie finansowego i politycznego - najlepiej poza Europą - jeżeli chcą jeszcze marzyć o tym by mieć istotny wpływ na to co się dzieje. Sądzę, że najlepiej będzie dać się Uniozwolennikom wyszaleć. Prawda, szaleństwa mogą nas drogo kosztować, bo nawet taki Związek Sowiecki przetrwał 70 lat ale w końcu ten cały cyrk załamie się pod swoim własnym ciężarem i na to powinni się przygotowywać uniosceptycy.

numery ip komentujących są rejestrowane.   .


(21-03-2008) zakalec :
to Bizancjum upadnie pod własnym ciężarem

numery ip komentujących są rejestrowane.   .


W związku z pracami modernizacyjnymi na portalu możliwość komentowania artykułów została wstrzymana do momentu oddania nowej wersji serwisów. Prosimy o cierpliwość, przepraszając za niedogodności.

Portal inTARnet.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczanych komentarzy. Redakcja zastrzega sobie jednak prawo do usunięcia lub skrótu komentarza naruszającego prawo, zasady współżycia społecznego lub NETykiety. Jeżeli uważasz, że którykolwiek wpis narusza czyjeś dobra - zgłoś nadużycie, wysyłając e-mail na adres:
redakcja@intarnet.pl


© 2003-2012 Tarnów ON-LINE

Kontakt z redakcją/administratorem:
Tarnowski Obywatelski Portal Internetowy inTARnet.pl
redakcja@intarnet.pl, tel. kom. 662 930 947